Lenka Prochazkova: Podziękowanie grabarzowi

Ponieważ Shakespeare był wstrzemięźliwy w swoich uwagach reżyserskich możemy jedynie zgadywać, czy scenę na cmentarzu umiejscowił w ciągu dnia lub po zmroku. Także kulminacyjna scena śmierci Ofeli nie pomoże w określeniu czasu akcji. Prawdopodobnie wówczas pogrzeby odbywały się po zmierzchu, przede wszystkim na małym cmentarzu pod Elsinorem, zwłaszcza gdy chodziło o topielca. Grabarze oraz ksiądz prowadzą rozmowę, że nieboszczka powinna spoczywać w nie poświęconej ziemi, ale ktoś do tego nie dopuścił. Kto? Z pewnością królowa! Ucieczka dziewczyny musiała doprowadzać ją do szaleństwa. A cóż dopiero śmierć! „Więc dobrze” ustąpił ksiądz, „nich się to jednak stanie po zmroku”, po czym posłał kogoś po grabarza, aby w pośpiechu przygotował miejsce.
I w naszym rodzimym dramacie scena z grabarzem odgrywa się po zmroku. Już od rama szukaliśmy tego miejsca, ale okazało się, że Praga już żadne nowe ciało nie przyjmie. Dopiero w Olszanach ktoś nam szeptem zdradził, że nasz zmarły jest dla Elsinor tabu. „W takim razie pogrzebiemy go na Morawach” zdecydowała mamusia. „Z pewnością nienawidził to miejsce” dodała niesprawiedliwie w swym sprawiedliwym gniewie. Jednak przyjaciel zmarłego oraz nas żywych, rozsądnie przeciwstawił się stwierdzając, że tatuś byłby zbyt daleko. „Spróbujmy jeszcze raz na Motolu” westchnęła mamusia. „Teraz wieczorem może będzie tam ktoś normalny”. Po czym włączyła wycieraczki, aby przez łzy mogła lepiej widzieć drogę.
Zjeżdżaliśmy długą serpentyną, aż niespodziewanie gwałtownie zahamowała. „Spójrzcie na lewo”. Wydawało się, ze z dali świeci świąteczna choinka, położona na ziemi. Zbliżyliśmy się do małego cmentarzyka. Malutki, wiejski, miły z kapliczką i domkiem grabarza.
Siedzący pod nisko zawieszoną lampą mężczyzna odłożył sztućce i zdenerwowany spojrzał w okno. Wstał, wsunął kraciastą koszulę za pasek spodni, zagwizdał na psa i otworzył nam drzwi. Jak gdybym już to kiedyś przeżyła. Chyba jednak o tym tylko czytałam. Już antyk jest pełen podobnych sytuacji. Zakaz grzebania zmarłych zaczął szybko obowiązywać w średniowieczu, a kościół karał niemiłosiernie, odrzucając „złego” nieboszczyka i często tracąc „dobrych” żywych. Nowocześni inkwizytorzy, obserwowani w swych naukowo-technicznych taktykach, przysposobili sobie także stare, sprawdzone praktyki poniżania. Jednak mężczyzna w kraciastej koszuli był poza ich zasięgiem, zapomniany na swym peryferyjnym cmentarzu.
„Jak to możliwe, że bezskutecznie jeździcie po całej Pradze”? zdziwiony kręcił głową, za nim na stole stygła kolacja. Nasze zmęczone milczenie niepokoiło go, także pies wyczuwając napięcie nerwowo warczał. „Zaczekajcie, a właściwie z jakiej przyczyny umarł”, przestąpił z nogi na nogę. Jak gdyby nagle za nami wyrósł morowy słup. Przyjaciel ojca milcząc wyciągnął z kieszeni marynarki ten urzędowy blankiet. Mężczyzna w kraciastej koszuli współczująco syknął odczytując diagnozę i młody wiek klienta, którego litery nazwiska ułożyły się w kod, a ten wniknął tunelem oczu do mózgu, aż grabarz zrozumiał. „Tak, naprawdę jest mi przykro, proszę pani” uścisnął rękę mamusi. ‘Na moim cmentarzu naprawdę nie ma miejsca”, zwrócił nam papier. Zamyślony sięgnął po kurtkę na wieszaku. „Mam tu tylko jeden grób. Mój”. Sięgnął ręką do kieszeni po latarkę i zagwizdał na psa. Pokażę wam to miejsce, jest urocze, pod drzewem. Wokoło są sami uczciwi ludzie. Rozumiecie, skoro nazywam się Wyborny nie mogłem sobie wybrać źle, nieprawdaż? Lampa nad talerzem nadal świeciła, gdy zamknął drzwi domku i poprowadził nas wypełnionych nadzieją do bramy cmentarza. Stąpaliśmy łagodnie wznoszącą się ścieżką, z psem zamykającym kolumnę. „W ciągu dnia nie wolno mu, ale w nocy komu by to przeszkadzało, prawda”?. „Nam nie” mamusia zapewniła pana Wybornego. „Tatuś bardzo lubił psy” dodała siostra. „Najbardziej lubił konie” przypomniałam sobie. „Moglibyśmy zagrać mu coś o koniach”.
„Tutaj go mam” zatrzymał się grabarz. „Bardzo ładny, nieprawdaż”? Jest tu spokój, dobry widok i uczciwi sąsiedzi. Lepszej parceli mistrz nie mógłby sobie wybrać. '‘Decydujecie się? „Tak, z radością” wykrzyknęła mamusia. „A co z panem” zapytała niepewnie. „Jakoś sobie poradzę, proszę pani. Dla grabarza zawsze znajdzie się miejsce, no nie? Przynajmniej to w tym smutnym zawodzie”. zakołysał latarką jak dzwonem. „Pisarstwo także nie jest zbyt wesołym zajęciem” westchnął przyjaciel ojca. „Przynajmniej na tej części ziemi”. „A gdy pada” wtrąciła siostra, „nie stoi tu zbyt długo woda”. „Co? Na tej ziemi? zdziwił się grabarz i zatrzymał oko latarki na ciemnej glinie. „To nie jest żaden ił” panienko, „proszę dotknąć”
Lampa zakołysała się w przeciągu, gdy stanęliśmy wokół stołu. Grabarz odsunął jedzenie i otworzył księgę. W jej ostatnim pustym wierszu wpisał nazwisko ojca.
Lampa świeciła nadal, gdy po naszym odjeździe z mroku wyszli trzej mężczyźni i szybko odegrali swoje służbowe role. Grabarz ich wysłuchał, kolejny raz otworzył swą księgę. „Spójrzcie, co już napisałem, to się stało. Każdy zawód ma swe zasady , prawda? Niczego nie będę wykreślał”. Wsunął swoją kraciastą koszulę na pasek i zagwizdał na psa.
W ten sposób pan Wyborny podarował nam grób, a także go obronił. Gdzie znalazł swoje miejsce, niestety nie wiem. Ale wierzę, że jest ono równie urocze z pięknym widokiem i uczciwymi ludźmi wokoło.



nahoru

beletrie
zajimavosti
publicistika
scénáře
biografie
galerie



© 2005








Valid XHTML 1.0 Strict